piątek, 2 grudnia 2022

Diabelska dziura. „Ostatnia wieczerza”

„Niemałe zaskoczenie przynosi mi ostatnio recenzowanie polskich produkcji (kinowych i spod znaku Netflixa), bo okazuje się, że nasi twórcy wygodnie rozsiedli się w kinie gatunkowym i nie zamierzają udawać – tak jak do tej pory – że ono nie istnieje lub jest poza ich zasięgiem.” Przeczytaj najnowszą recenzję Kasi.

Ostatnia wieczerza (2022)
reż.: Bartosz M. Kowalski
scen.: Bartosz M. Kowalski, Mirella Zaradkiewicz
wyst.:  Piotr Żurawski, Olaf Lubaszenko, Sebastian Stankiewicz, Lech Dyblik,

1957 rok. Pod osłoną nocy, w opustoszałym Kościele, na środku jego ołtarza, ma dokonać się rytualny, okrutny mord – zrozpaczony i jednocześnie zdeterminowany ksiądz pochyla się z prawiecznym nożem w ręku nad płaczącym niemowlęciem, którego widoczne na ciele, tajemnicze znamię, mimowolnie przykuwa wzrok. Pospiesznie modły zostają jednak przerwane przez pojawienie się policji, a prośby dokończenia rytuału zignorowane – kaznodzieja zostaje zastrzelony, a dziecię zabrane przez stróży prawa. 30 lat później, w 1987 roku, w nieznanej miejscowości, dosłownie pośrodku niczego, poznajemy młodego księdza Marka (znakomity Piotr Żurawski), który udaje się do starego klasztoru. Jego przeor (Olaf Lubaszenko) oprowadza nowo przybyłego po zimnych murach i wyjaśnia, że tutejsi zakonnicy zajmują się nie tylko udręczonymi, samotnymi, chorymi ludźmi, ale przede wszystkim ciężkimi przypadkami, wymagającymi egzorcyzmów. Tutaj właśnie pomocą ma służyć nowy duchowny, który ma wesprzeć zakon w walce z diabłem i demonami. Powoli odkrywa jednak, że zakonnicy, zamknięci w klasztorze na kompletnym odludziu, skrywają o wiele więcej tajemnic, niż można by było przypuszczać.

Niemałe zaskoczenie przynosi mi ostatnio recenzowanie polskich produkcji (kinowych i tych spod znaku Netflixa), bo okazuje się, że nasi twórcy wygodnie rozsiedli się w kinie gatunkowym i nie zamierzają udawać – tak jak do tej pory – że ono nie istnieje lub jest poza ich zasięgiem. Tym razem swoje trzy grosze w temacie, ma do dodania Bartek Kowalski ze swoją najnowszą Ostatnią wieczerzą. Reżyser ma doświadczenie i w gatunku, i ze współpracą ze wspomnianym portalem streamingowym – jego slasherowe W lesie dziś nie zaśnie nikt, głośną premierę miało właśnie na Netflixie i otworzyło nieco bardziej nasze rodzime produkcje na gatunek, jakim jest horror. Nie inaczej jest właśnie z Ostatnią wieczerzą – polskim horrorem satanistycznym, który całą swoją energię skupia na pradawnej walce dobra ze złem i znanym nam, przede wszystkim z amerykańskich filmów, motywem opętania. Choć niesie on nadzieję, na przetarcie szlaków podobnym, współczesnym tytułom produkowanym w naszym kraju, to nie można zapominać, że pod względem obranej tematyki, film Kowalskiego nie jest w jakikolwiek sposób nowatorski na tym gruncie – wystarczy przypomnieć takie tytuły jak Diabeł (1972) Andrzeja Żuławskiego czy Matkę Joannę od Aniołów (1961) Jerzego Kawalerowicza. W filmie młodego reżysera jest jednak coś przykuwającego uwagę, choć jak wspomniałam, w żaden sposób nie jest on prekursorski czy specjalnie pomysłowy. Jest jednak – co niezwykle ważne – bardzo samoświadomy, konsekwentny i starannie zrealizowany.

Ostatnia_Wieczerza_film
fot. materiał prasowy

Kowalski od samego początku wiedział jaki film chce nam przedstawić: bawi się motywami znanymi w gatunku i korzysta z nich, ile wlezie, raz strasząc nas i przyprawiając o dreszcze i ścisk w żołądku, raz puszczając oko, licząc, że razem z nim wejdziemy w tę zabawę konwencją. Mamy tu wszystko, czego dusza zapragnie – kościelne tajemnice, opętania, rytuały, muchy i robactwo, krzyki i wymioty, egzorcyzmy i tajemnicze śmierci, obskurne, zimne, klasztorne mury i opustoszałą wokół okolicę. Mamy wszystko, co już widzieliśmy w filmach tego typu, jest tu wszystko, o czym już od dawna wiemy, a jednak mimo to, wciąż oglądamy całość, do samego jej końca, bo – mimo bardzo prostego, mało wymagającego, banalnego czasem scenariusza – jest to w jakiś sposób pociągające, i Kowalski o tym wie. Nie bez powodu jest tu mroczno, wilgotno, nieprzyjemnie – oświetlany wyłącznie samymi świecami klasztor skrzypi i trzeszczy pod nogami, zza zagrzybionych ścian słychać krzyki i skowyt jego udręczonych mieszkańców; jedzenie, którym raczą się mnisi, przyprawia o odruch wymiotny, a wszystko to potęguję odpowiednio dobrana muzyka i sprawne udźwiękowienie filmu. Typowych jumpscare’ów jest tu niewiele, co działa jedynie na korzyść Ostatniej wieczerzy, jednak tempo filmu momentami niepotrzebnie się wydłuża i wyraźnie spowalnia, uwidaczniając scenariuszowe braki czy kwestionując poziom dawkowanego strachu. To film, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jakie jest jego źródło inspiracji, jednak wyraźnie boi się całkowicie je obśmiać lub bez żenady wziąć na poważnie, staje więc w rozkroku i nieco się miota. Dopiero w swoim trzecim akcie, w ostatnich bodaj 20 minutach, film Bartka Kowalskiego, rozkłada widzów na łopatki – absolutnie nie bierze żadnych jeńców, porywając się na finał, który rekompensuje mi całe powyższe marudzenie i który jest – nomen omen – po prostu boski.

Ostatnia wieczerza przypomina mi (może i wam również będzie), ten jeden, nieco stary film klasy B, który ojciec zabrał pewnego razu z osiedlowej wypożyczalni kaset VHS, żeby obejrzeć go późnym, piątkowym wieczorem; film, który mimo pewnych braków i nagromadzenia oczywistości, swoją fabułą, efektami i klimatem – a przede wszystkim zaskakującym finałem – zostanie w głowie na nieco dłuższy czas.

Ocena Kasi: 6,5/10

autor: Katarzyna Borucka

O autorce: Kasia to wielka miłośniczka kina i zwierząt. W Opolu ukończyła Kulturoznawstwo na specjalności filmoznawczo-teatrologicznej oraz Filmoznawstwo i Wiedzę o Nowych Mediach na Uniwersytecie Jagiellońskim. W czasie studiów aktywnie uczestniczyła kulturalnym życiu Opola i Krakowa, m.in. pracując w Teatrze im. Jana Kochanowskiego, pisząc dla festiwalu Etiuda&Anima czy zajmując się obsługą kina w czasie Kraków Film Festival. Uwielbia amerykańskie kino, szczególnie kino klasyczne oraz kino nowej przygody.

Facebook